Laura Imai Messina, urodzona we Włoszech pisarka, autorka takich powieści, jak Wyspa bijących serc (Relacja, 2024) czy Wszystkie zaginione adresy (Relacja, 2025), w minionym tygodniu już po raz drugi odwiedziła Polskę. Spotkała się ze studentami orientalistyki UW oraz UAM w Poznaniu, prowadząc inspirujące rozmowy o literaturze, kulturze i Japonii. Z tej okazji udało nam się także przeprowadzić z nią wywiad, w którym opowiedziała nam o tym, jak znalazła się w Japonii, co urzekło ją w tym kraju, co inspiruje ją do pisania i… jaką powieść jej autorstwa ujrzymy w Polsce w przyszłym roku.

[Torii]: Jak to się stało, że zamieszkałaś w Japonii, a może raczej: co zdecydowało, że tam zostałaś?
[Laura Imai Messina]: Przede wszystkim zafascynował mnie język japoński. O kulturze na początku nie wiedziałam zupełnie nic, ale to był po prostu piorun z jasnego nieba jeśli chodzi o literaturę japońską. W języku japońskim kocham jego złożoność i ten fakt, że nie da się go łatwo zrozumieć. Ten piorun, który we mnie strzelił, dotyczył nie tyle może literatury, co właśnie języka.
Po tym, jak już zdecydowałam, że przeprowadzę się do Japonii, najpierw miało to być na rok; po tym czasie zamierzałam wrócić do siebie, ale w końcu okazało się – i to było to, co mnie zatrzymało – że każdego dnia odkrywam coś, czego wcześniej nie wiedziałam. I to trwa do tej pory! W chwili, kiedy pojęłam, że nigdy nie zrozumiem tej kultury, tego języka, tego kraju i narodu tak do końca, uświadomiłam sobie, że chcę tam pozostać. I uspokoiło mnie to.
[T]: Co początkowo było dla ciebie najtrudniejsze? Czy jest coś, co nadal jest dla ciebie trudne w Japonii?
[LIM]: Na początku oczywiście był to język japoński, który bardziej niż na tym, co zostało wyrażone werbalnie, bazuje na tym, co niewypowiedziane. Udana rozmowa po japońsku polega na tym, że nie zmuszasz drugiej osoby, by stwierdzała cokolwiek czy wyrażała jakąś konkretną opinię, więc na początku było to dla mnie trudne, bo nie umiałam tego wyczuć. Innymi słowy, miałam problem z rozumieniem intencji rozmówcy.
W języku japońskim jest takie wyrażenie: „czytać powietrze” [chodzi o zwrot kūki-wo yomu, 空気を読む – dop. red.], które oznacza, że powinno się rozumieć nie tylko słowa wypowiadane przez drugą osobę, ale całą atmosferę, wszystko to, co otacza rozmowę, i na tym polega konwersacja.
Obecnie właściwie nic nie jest już dla mnie trudne, bo w Japonii mieszkam już od 22 lat i większą trudność sprawia mi przebywanie we Włoszech (śmiech).
[T]: Jak zrodził się pomysł, żeby pisać książki osadzone w Japonii?
[LIM]: Wynika to z tego, że po prostu mieszkam w Japonii i to jest moje codzienne otoczenie, dlatego byłoby dla mnie dziwne, gdybym pisała powieści, które osadzone są w Rzymie. Jest to zatem wybór, który choć może się wydawać absurdalny, to dla mnie jako pisarki jest najbardziej naturalny.
[T]: Słyszałam o przypadkach, kiedy obcokrajowiec, który mieszkał w Japonii i pisał o tym kraju, spotykał się z pewną niechęcią ze strony osób ze swojego otoczenia, na przykład swoich sąsiadów, którzy nie byli do końca zadowoleni z tego, że sam nie będąc Japończykiem, pisze o ich ojczyźnie. Czy miałaś kiedyś podobną sytuację?
[LIM]: Nigdy się z czymś takim nie spotkałam, może dlatego, że wychodzę z założenia, iż pisarz powinien opisywać tylko to, co zna, i tylko na ten temat ma prawo się wypowiadać. Nigdy nie doświadczyłam w Japonii żadnej wrogości czy przejawów rasizmu. Być może wynika to z mojego podejścia do sprawy, z mojego zachowania, ponieważ już od początku zrezygnowałam z używania zaimków typu „my”, „oni”, „my i wy”, „ja i oni”. Zrezygnowałam w pełni z takiego podziału, z postrzegania Japończyków jako Japończyków; przestałam stawiać tego rodzaju granice czy rozróżnienia. Według mnie dopiero wówczas zaczęłam tak naprawdę rozumieć ten kraj.
Nie znam innych pisarzy [zagranicznych piszących o Japonii – dop. red.], ale wydaje mi się, że po tym, jak głębiej weszłam w język japoński, okazało się, że nie ma takiego konceptu, że jesteśmy jacyś różni; po prostu każdy jest sobą. Taką właśnie postawę przyjęłam i może dlatego nie spotkała mnie żadna wrogość na tym tle.

[T]: Piszesz o niezwykłych, mało znanych miejscach. Czy sama je aktywnie wynajdujesz, czy trafiasz na nie przypadkiem?
[LIM]: (śmiech) Tak naprawdę Japonia jest dosłownie przepełniona takimi miejscami! Ja po prostu wybieram z nich te, które według mnie mają uniwersalne znaczenie, więc na przykład mierzą się z takimi tematami, jak radzenie sobie z żałobą albo bliskość pomiędzy nieznajomymi.
[T]: W którą stronę zatem idzie inspiracja? Przykładowo czy w przypadku powieści Wszystkie zaginione adresy najpierw trafiłaś na Awashimę, czy najpierw zrodził się pomysł związany z listami i szukałaś odpowiedniego miejsca, w którym mogłaby się rozgrywać akcja?
[LIM]: Można powiedzieć, że to się zadziało razem, bo dowiedziałam się o tej wyspie, Awashimie właśnie, na której mieści się ta szczególna poczta [chodzi o Dryfujący Urząd Pocztowy, swojego rodzaju muzeum, gdzie można wysłać list do osoby, z którą nie jesteśmy się w stanie skontaktować, np. dlatego, że nie żyje – dop. red.]. To miejsce pozostaje szczególne także dlatego, że jest niemal całkowicie wyludnione. Na co dzień żyje tam około stu mieszkańców, więc tak naprawdę prócz tego Dryfującego Urzędu Pocztowego nic więcej tam nie ma, tylko to.
Z mojego punktu widzenia oczywiście teraz jest to miejsce zupełnie wyjątkowe, bo byłam tam tysiące razy, poznałam tych ludzi i stało się dla mnie bardzo osobiste.
[T]: Czy to oznacza, że i powieść Wszystkie zaginione adresy jest dla ciebie najbardziej osobista? Która z twoich książek pozostaje najbliższa twojemu sercu?
[LIM]: Przy każdej książce, którą piszę, jestem trochę inna, ale jednocześnie za każdym razem pozostaję sobą, więc ta konkretna powieść, którą tworzę w danym momencie mojego życia, otwiera nowe przestrzenie w moim sercu. Dzięki każdej z nich z osobna zaczynam rozumieć inne, nowe sprawy, które cały czas rozpoczynają we mnie coś wielkiego. Żeby podać konkretny przykład: dzięki mojej ostatniej powieści [chodzi właśnie o Wszystkie zaginione adresy – dop. red.] zrozumiałam wagę więzi pomiędzy nieznajomymi czy potęgę pisania listów do kogoś, kto nigdy ich nie otrzyma.
[T]: Czyli nie masz ulubionej powieści; wszystkie kochasz tak samo?
[LIM]: Z całą pewnością mam ogromny dług wdzięczności wobec mojej pierwszej książki, która dopiero teraz, niebawem, ukaże się w Polsce [mowa o Tokyo orizzontale, powieści, która jeszcze nie ma polskiego tytułu, a ukaże się nakładem wydawnictwa Relacja w 2026 roku – dop. red.], bo moje powieści tutaj nie ukazują się w porządku chronologicznym. Ta, która zostanie teraz wydana w Polsce, to mój debiut.
Inną ważną dla mnie książką jest Wiatrom powierzone, po prostu dlatego, że to dzięki niej odniosłam wielki sukces i zostałam bestsellerową pisarką, więc stanowiła pewnego rodzaju kamień milowy na mojej drodze życiowej i zawodowej. Jednak patrząc całościowo na swoją twórczość, stwierdzam, że każda z moich powieści to odrębny fragment mojego życia i mają dla mnie równą wartość.
[T]: Wszystkie twoje powieści – przynajmniej te, które ukazały się w Polsce – są ze sobą powiązane; pojawiają się w nich ci sami bohaterowie. Czy starasz się stworzyć swojego rodzaju uniwersum pisarskie, czy też raczej jak reżyser Yasujirō Ozu „opowiadasz nieustannie jedną historię – historię ludzkiego życia”?
[LIM]: Tak, to prawda, nie lubię opuszczać moich bohaterów. Bardziej niż opowiadanie tej samej historii z różnych punktów widzenia interesuje mnie to, jak dana osoba reaguje na życie w różnych jego kontekstach, na różne sytuacje, które jej się przytrafiają. Widzę to zresztą nawet po sobie: inaczej jestem postrzegana jako matka, jako żona, jako przyjaciółka czy znajoma kogoś innego – za każdym razem to jestem inna „ja”. Przykładowo dla mojej matki, jako jej córka, jestem kimś zupełnie innym, na dodatek kimś, kogo zna tylko ona. W związku z tym przesuwanie bohaterów pomiędzy książkami jest dla mnie czymś w rodzaju odkrywania ich przebogatej osobowości.
[T]: Na zakończenie chciałabym cię zapytać, nad czym pracujesz obecnie? Czy piszesz kolejną powieść?
[LIM]: Dosłownie kilka dni temu ukazało się moje dosyć długie opowiadanie, które jest związane z tematem deszczu, a biorąc pod uwagę to, że przez ostatnie kilka miesięcy odbyłam chyba z tysiąc podróży i spotkań, chcę teraz trochę oczyścić głowę i pomyśleć o czymś nowym. Zanim więc zacznę znowu pisać, mam potrzebę stworzenia sobie pewnej próżni.
[T]: Dziękuję bardzo za rozmowę.
[LIM]: Ja również bardzo dziękuję.
Z Laurą Imai Messiną
rozmawiała Adrianna Wosińska

