Newsy

Prasa gamingowa w Japonii, edukacja i… wieloryby – wywiad z Michałem Mazurem

Choć z Michałem Mazurem, naszym dzisiejszym rozmówcą, nie znam się prywatnie, to czuję, jakbyśmy nadawali na jednych falach. To zapewne skutektego, że od wielu już lat jestem comiesięcznym czytelnikiem magazynu PSX Extreme, dla którego pracuje Mazzi (pseudonim Michała Mazura na potrzeby pisma). Michał Mazur to jednak nie „tylko” dziennikarz, ale przede wszystkim wykładowca na jednym z japońskich uniwersytetów, który od wielu lat mieszka już w tym kraju. Na potrzeby tej publikacji porozmawialiśmy więc trochę o tym, jak wygląda prasa gamingowa w Japonii czy tamtejszy system edukacji, ale też o…wielorybach. Podjęty został też temat samej Japonii i mieszkających tam Polaków.

 

[Torii]: Na początek, zanim przejdziemy do konkretów, opowiedz, proszę, co nieco o sobie. Kim jesteś? Czym się zajmujesz? Mówiąc w skrócie, przedstaw się, proszę, Czytelnikom.

[Michał Mazur]: Na co dzień pracuję na prywatnym uniwersytecie na Kiusiu, gdzie zajmuję się komunikacją międzykulturową i prowadzę zajęcia m.in. z globalnego przywództwa czy technik uczenia się. W pracy akademickiej interesuje mnie to, jak poruszać się pomiędzy różnymi językami, kodami i zwyczajami, jak unikać nieporozumień i jak świadomie korzystać z faktu, że świat stał się siecią połączeń. To nie jest wiedza wyczytana z podręczników, tylko coś, czego sam doświadczam – od lat mieszkam w Japonii, a mój uniwersytet słynie z międzynarodowego środowiska, gdzie połowę studentów stanowią obcokrajowcy. To tworzy zarówno wyzwania, jak i ogromne możliwości. Zajmuję się także rozwojem nauczycieli – prowadzę wykłady i seminaria z zakresu technik nauczania, tak by poprawiać ich kwalifikacje i dostosowywać metody pracy do zmieniających się trendów w edukacji. Dzięki temu mam okazję pracować nie tylko ze studentami, ale też z osobami, które same uczą, i wspierać ich w znajdowaniu nowych sposobów dotarcia do młodych ludzi.

Równolegle piszę teksty dziennikarskie o grach, Japonii i kulturze popularnej. To moja druga przestrzeń – mniej formalna, bardziej osobista. Lubię w niej łączyć wiedzę z ironią, pokazywać gry i zjawiska popkulturowe w szerszym kontekście, ale bez akademickiego zadęcia.

[T]: A prywatnie czym zajmuje się Mazzi?

[MM]: Prywatnie mam swoje małe obsesje. Od lat interesuję się wielorybami – na tyle poważnie, że nawet „zaadoptowałem” dwa, wspierając organizacje zajmujące się ich ochroną. To taki mój osobisty wkład w ratowanie świata, choć czasem żartuję, że zamiast psa czy kota mam dwa walenie na utrzymaniu. Lubię też podróżować i mam swojego bzika na punkcie poczty, a podczas wyjazdów regularnie fotografuję skrzynki pocztowe. Zwykła czerwona budka w Anglii, futurystyczna w Japonii czy bajkowa w Norwegii – każda ma swój charakter. Z biegiem lat uzbierałem sporą kolekcję takich zdjęć i traktuję to trochę jak swoją cegiełkę w promocji pisania listów. W końcu to dzięki listom nawiązałem pierwsze międzynarodowe przyjaźnie – także z Japończykami – więc poczta ma dla mnie wymiar dużo bardziej osobisty niż tylko miejsce na rachunki.

[T]: Powiedziałeś ciekawą rzecz, dlatego może na chwilę zejdźmy z głównego tematu, bo akurat wieloryby w Japonii to trochę temat tabu. Czy obserwujesz, jak wygląda obecnie sytuacja? Czy połowy nadal odbywają się na masową skalę i skąd u Japończyków takie zamiłowanie do nich, mimo krytyki z całego świata? Zastanawia mnie też, jak do tej sprawy podchodzą zwykli ludzie?

[MM]: To rzeczywiście delikatny, ale fascynujący temat, bo pokazuje, jak trudno oceniać inne kultury z naszej perspektywy. Wielorybnictwo w Japonii ma wymiar historyczny i symboliczny, choć dziś większość młodych Japończyków nigdy nie jadła mięsa wieloryba. W sklepach to raczej ciekawostka niż codzienny produkt. Dla starszego pokolenia połowy mają jednak znaczenie tożsamościowe – są symbolem niezależności i kulturowej suwerenności wobec Zachodu. Kiedyś stanowiły źródło utrzymania nadmorskich społeczności, więc trudno całkowicie je odrzucić.

W praktyce połowy prowadzone są dziś w ograniczonym zakresie, bardziej z powodów politycznych niż ekonomicznych. W codziennych rozmowach temat właściwie nie istnieje. Młodzi patrzą na to z dystansem, jak na relikt dawnych czasów. Zawsze jednak ogarnia mnie złość, gdy widzę w menu mięso wieloryba – niezależnie od kontekstu czy tłumaczeń o tradycji. W takich momentach budzi się we mnie wewnętrzny ekoterrorysta, który ma ochotę wygłosić płomienny manifest o ochronie oceanów. Na szczęście zwykle kończy się na westchnieniu i cichej refleksji, że zmiana przychodzi powoli – i może właśnie dlatego warto o niej mówić spokojnie, zamiast walić pięścią w stół.

[T]: Opowiedz, proszę, o tym, jak trafiłeś do Japonii.

[MM]: Moja przygoda z Japonią zaczęła się od stypendium rządu japońskiego na studia podyplomowe – szansy, która wtedy wydawała mi się czymś nie z tej ziemi. Możliwość życia w kraju, który od lat mnie fascynował, i jednocześnie rozwijania się naukowo brzmiała jak marzenie, które nagle ktoś postanowił zmaterializować. Po dwóch latach stanąłem jednak przed wyborem: jeśli chciałem kontynuować naukę na doktoracie, musiałem zrobić to już na własny rachunek. Tak zaczęło się kilka lat balansowania między badaniami a codziennością – uczyłem angielskiego, dorabiałem w różnych miejscach, łatałem budżet jak się dało. Patrząc z perspektywy czasu, to była najlepsza szkoła, jaką mogłem przejść – nie tylko języka czy kultury, ale też cierpliwości, pokory i umiejętności radzenia sobie w obcym świecie bez mapy i bez planu B.

[T]: A z jakimi trudnościami się mierzyłeś w trakcie osiągania tego celu?

[MM]: Warto pamiętać, że to były zupełnie inne czasy niż dziś. Angielski w przestrzeni publicznej praktycznie nie istniał, więc wszystko trzeba było rozszyfrowywać samemu. Każde pismo z urzędu, każda notatka z uczelni potrafiły być wyzwaniem – siedziałem ze słownikiem, ucząc się kanji znak po znaku, często z frustracją, ale i z dziwną satysfakcją, gdy wreszcie coś zaczynało mieć sens. Dziś to inny świat: w restauracjach dostępne są angielskie menu, QR kody prowadzą prosto do tłumaczeń, a w turystycznych miastach można zamówić ramen bez znajomości ani jednego słowa po japońsku. Wtedy takiej wygody nie było – język był surowy, nieprzystępny, a bycie gaijinem oznaczało autentyczne poczucie obcości. Z perspektywy czasu widzę jednak, że to właśnie te trudne początki były najlepszą lekcją przetrwania. To one nauczyły mnie cierpliwości, pokory i odwagi, a przede wszystkim pozwoliły mi opanować język na tyle, by dziś nie tylko w nim żyć, ale też w nim uczyć innych.

Przed historyczną siedzibą Segi w Tokio, tuż przed udziałem w evencie prasowym. To tu powstawały projekty, które kształtowały całe pokolenia — od Saturnów po początki Yakuzy

[T]: Mieszkając w Japonii, pracujesz w polskim magazynie o konsolach. Czy fakt, że jesteś na miejscu, w mekce graczy, ułatwia Ci pracę?

[MM]: Na pewno ułatwia. Japonia to wciąż jedno z najważniejszych miejsc na mapie gier – nie tylko rynek, ale i kultura, w której granie stało się częścią codzienności. Widać to wszędzie: w salonach arcade, reklamach w metrze, premierach nowych tytułów, które potrafią zamienić się w małe święto. Będąc tutaj, mam to wszystko na wyciągnięcie ręki. Do magazynu z kolei trafiłem naturalnie, po prostu od pisania. Najpierw krótkie recenzje, potem dłuższe teksty – aż w końcu stało się to częścią mojego życia przez prawie trzy dekady. Pisanie o grach daje mi coś, czego nie daje akademia: swobodę, natychmiastową reakcję i trochę tej potrzebnej ironii, która równoważy cały ten poważny, naukowy świat.

Do dziś pamiętam swoje pierwsze wejście do siedziby SquareEnix – przy okazji premiery Final Fantasy XIII. Miałem wrażenie, że wchodzę do świątyni. Ciche lobby, eleganckie gabloty pełne figurek, na ścianach ilustracje z gier, na których się wychowałem. Ten kontakt z branżą staram się wykorzystywać też w pracy akademickiej. Od lat prowadzę zajęcia o japońskim rynku gier, pokazując studentom, jak lokalne pomysły spotykają się z globalnymi trendami. To dla mnie idealne połączenie dwóch światów – dziennikarskiego i akademickiego. Oczywiście, nie zawsze to takie proste. Polskie redakcje obsługują głównie dziennikarzy na miejscu, więc mieszkanie za granicą czasem wszystko komplikuje. W sprawach zawodowych i recenzenckich muszę wciąż kontaktować się z polskimi PR-owcami, a nie z japońskimi oddziałami firm, więc bywa, że coś trwa dłużej, albo trzeba tłumaczyć. Czasem to frustrujące, ale już się nauczyłem, że praca na styku dwóch światów zawsze wymaga trochę więcej cierpliwości i dyplomacji. Są też rzeczy, których się nie przeskoczy. Mieszkając w Japonii, sporo mnie omija w Polsce – redakcyjne spotkania, wspólne imprezy, zwykłe rozmowy. Przez lata wielu nowych osób, z którymi współtworzę magazyn, nigdy nie spotkałem na żywo. Znamy się tylko z maili czy czatów.

[T]: Czy nie myślałeś o tym, aby aplikować do jakiejś miejscowej redakcji? Japonia słynie przecież z gamingowej prasy.

[MM]: Szczerze mówiąc, nie ciągnęło mnie w stronę japońskich redakcji. Pisząc kreatywnie, czuję się najlepiej po polsku – to język, w którym myślę, żartuję, bawię się słowem. Japońska prasa gamingowa ma zupełnie inny ton – jest bardzo rzeczowa, ostrożna, często pozbawiona emocji. Recenzje przypominają bardziej raport niż opowieść, a mnie zawsze interesowała ta warstwa między faktami – emocje, kontekst, wrażenia. Dlatego dużo bardziej polubiłem japońskich youtuberów, którzy komentują gry na żywo. Tam wreszcie ktoś wyciągnął kijek z tylka i pozwolił sobie na spontaniczność. Jest w tym życie, śmiech, autentyczność – coś, czego często brakuje w ich tekstach. Pisanie po polsku to też dla mnie sposób, by nie tracić kontaktu z językiem i z samym sobą. To moja bezpieczna przestrzeń, w której mogę się naprawdę wyrazić – z humorem, z emocją, bez kalkulowania. Gdybym pisał po japońsku, pewnie bym tego trochę stracił.

[T]: Prasa w Polsce przeżywa ogromny kryzys, znikają kolejne tytuły – PSX Extreme jest jedynymi miesięcznikiem o grach, który się ukazuje na rynku. Jak to wygląda w Japonii w roku 2025? Czy tam również papier jest na wymarciu? Pewnie dominuje online, ale jeżdżąc japońskim metrem, czasami widziałem osoby rozkładające te słynne ogromne gazety i czytające.

[MM]: Papier w Japonii jeszcze nie umarł, choć pewnie można już powiedzieć, że żyje na kredyt. Wciąż widuję ludzi w metrze, którzy rozkładają ogromne gazety i czytają je z takim skupieniem, jakby świat za oknem przestał istnieć. To widok trochę nostalgiczny – taki, który w Europie już prawie zniknął. Gazety w Japonii wciąż mają swoją wagę, dosłownie i w przenośni – pachną drukiem, szeleszczą przy przewracaniu stron, są kolorowe, gęsto ilustrowane i pełne porządku, który tak dobrze oddaje japońską mentalność.

W kioskach i konbini (czyli sklepach całodobowych) można znaleźć wszystko: od grubych dzienników i tygodników opinii, przez magazyny biznesowe, po ilustrowane czasopisma o grach, anime, gotowaniu, podróżach czy nawet o pociągach. Ten rynek jest zadziwiająco różnorodny – wciąż istnieją setki tytułów, które żyją dzięki lojalnym czytelnikom. Ale nawet tu widać zmiany: część sieci konbini zaczyna rezygnować z papierowych magazynów, tłumacząc się malejącym popytem i brakiem miejsca na półkach.

Gamingowe czasopisma, takie jak legendarne Famitsu, nadal wychodzą, ale coraz częściej w formie hybrydowej – papier wspierany przez wersję cyfrową, z dodatkami, kodami i materiałami wideo. Nadal mają swoje wierne grono odbiorców, głównie kolekcjonerów, którzy cenią fizyczną formę i zapach świeżego druku. Ale dla młodszych pokoleń to już anachronizm – oni konsumują treści inaczej, szybciej, w ruchu, na ekranie. Kiedy więc mijam w metrze starszego mężczyznę, który rozkłada szeroko gazetę i znika za nią jak w papierowym namiocie, mam wrażenie, że patrzę na ostatnich strażników pewnej epoki.

Ten moment, kiedy siedzisz naprzeciwko twórcy jednej z kultowych serii o życiu w japońskim półświatku… Toshihiro Nagoshi wie o wirtualnych japońskich gangsterach wszystko

[T]: Czy będąc na miejscu, obserwujesz prace lokalnych producentów gier? Czy odwiedzasz studia? Masz jakieś porównanie między pracą w japońskim a polskim studiu?

[MM]: Mam tu sporo znajomych – zarówno dawnych studentów, jak i ludzi poznanych na różnych wydarzeniach branżowych – którzy pracują w japońskich studiach. To naprawdę fascynujące środowisko, choć, jak można się domyślić, wiele rzeczy jest objętych NDA, więc nie zawsze można o nich rozmawiać. Do biura też nie da się po prostu wejść z ulicy i powiedzieć „hej, chciałbym zobaczyć, jak tworzycie nową Zeldę” – dostęp jest ściśle ograniczony, a japońskie firmy bardzo dbają o poufność.

O samych warunkach pracy słyszałem jednak sporo. Znajomi w Nintendo zawsze mówią, że to miejsce wyjątkowo przyjazne pracownikom – praca jest intensywna, ale dobrze zorganizowana, a zespół naprawdę trzyma się razem także po godzinach. Spotykają się prywatnie, wychodzą razem na kolacje, wspólnie świętują premiery. To coś, co w japońskiej kulturze pracy wciąż ma duże znaczenie – ta granica między „pracą” a „życiem po pracy” jest dużo bardziej płynna, ale w pozytywnym sensie. Zauważyłem zresztą, że podobny mechanizm działa też w Polsce. W firmach takich jak CD Projekt relacje również są bardzo silne, ale często zamknięte wewnątrz zespołu. Czasem trudno pogadać ze znajomym, który tam pracuje – bo nigdy nie wiadomo, czy przypadkiem nie powiesz o jedno zdanie za dużo i rozmowa nie stanie się niezręczna. Dlatego doskonale rozumiem, czemu ludzie z branży trzymają się raczej między sobą. To nie chłód – to po prostu bezpieczna przestrzeń, gdzie wszyscy wiedzą, co można powiedzieć, a co zostawić w firmie.

Jest jednak jedna zasadnicza różnica – w Japonii wciąż unika się masowych zwolnień, które stały się plagą w zachodniej branży. Wynika to zarówno z kultury pracy, jak i odpowiedzialności, jaką czują japońscy menedżerowie wobec swoich zespołów. Świetnym przykładem był przypadek Yosuke Matsudy, prezesa SquareEnix, który w czasie gorszych wyników finansowych firmy sam obniżył sobie pensję, żeby nie redukować etatów. To symboliczne, ale bardzo „japońskie” podejście – lepiej wspólnie przetrwać trudny okres, niż poświęcać ludzi, którzy tę firmę tworzą. I może właśnie dlatego, mimo wszystkich swoich wad, japońska branża gier wciąż trzyma się tak stabilnie.

[T]: W Japonii mieszkasz od wielu lat. Jak zmienia się ten kraj według Ciebie nie tylko z perspektywy obcokrajowca, Polaka, ale i osoby uczestniczącej w kształtowaniu młodych Japończyków? Jak według Ciebie na Japonię i Japończyków wpłynął Covid i zamknięcie wówczas granic?

[MM]: Japonia zmienia się powoli, ale nieustannie, tylko czasem potrzeba tu kilku lat, by to naprawdę dostrzec. Z perspektywy obcokrajowca widzę dziś więcej otwartości niż kiedyś: coraz więcej osób mówi po angielsku, młodzi chętnie studiują za granicą, a obecność cudzoziemców w miastach przestaje być egzotyczną ciekawostką. Z perspektywy Polaka uderza mnie też codzienność coraz bardziej nasycona elementami globalnej kultury od kawiarni i sklepów, które pamiętam z Europy, po wszechobecne media społecznościowe, wyznaczające rytm życia młodych ludzi. Jako wykładowca obserwuję jeszcze inną zmianę – mentalność studentów. Są bardziej ciekawi świata, chętniej podważają schematy i szukają własnych sposobów wyrażania siebie. Presja społeczna wciąż istnieje, przywiązanie do grupy nadal jest silne, ale coraz częściej słyszę od nich: „chcę inaczej”. Pandemia była tu momentem przełomowym. Japonia zamknęła się niemal całkowicie, co dla mnie – znając historię tego kraju – brzmiało jak echo dawnych czasów izolacji.

Ale dla młodych ludzi to był szok: świat nagle się zatrzymał. Najbardziej ucierpieli ci, którzy zaczęli studia w tym właśnie okresie. Zostali pozbawieni tego, co poprzednie roczniki brały za pewnik: życia kampusowego, imprez studenckich, klubów i kółek zainteresowań czy zwyczajnych spotkań w kawiarni po zajęciach. Wielu z nich przez miesiące siedziało w małych pokojach, ucząc się zdalnie, bez szansy nawiązywania przyjaźni. Niektórym mocno odbiło się to na zdrowiu psychicznym – bo studia to przecież nie tylko nauka, ale też rytuał wchodzenia w dorosłość, którego zostali pozbawieni. Kiedy po długiej przerwie wrócili na kampus, dało się wyczuć, jak bardzo brakowało im normalnych rozmów, zwykłej bliskości, wspólnego śmiechu. Wielu mówiło wprost: „chcemy nadrobić stracony czas” – podróżować, poznawać ludzi, czy doświadczać życia.

Studenci z komunikacji międzykulturowej. Niby zwykłe zajęcia, a jednak co tydzień uczymy się od siebie nawzajem więcej, niż da się zmieścić w sylabusie.

[T]: Wspomniałeś, że w mentalności studentów następuje zmiana. To ciekawe, bo w wywiadach czy rozmowach z Japończykami, które prowadzę, zawsze uderza mnie to, że podziwia się Polaków za odwagę choćby w zadawaniu pytań. Z tego, co napisałeś,  Japonia się zmienia i tutaj też młodzi ludzie stają się odważniejsi. Jak myślisz, skąd to się bierze? Czy rzeczywiście Japończykom jest teraz łatwiej pytania zadawać, zamiast „siedzieć cicho na końcu sali”?

[MM]: Tak, zdecydowanie coś się zmienia. Kiedy zaczynałem uczyć w Japonii, cisza w sali była niemal rytuałem – nawet jeśli pytałem o coś prostego, większość studentów spuszczała wzrok i czekała, aż ktoś inny zabierze głos. Dziś coraz częściej widzę ręce w górze, a nawet drobne dyskusje między studentami. To może się wydawać drobiazgiem, ale w japońskim kontekście to ogromna zmiana. Myślę, że bierze się to z kilku rzeczy. Po pierwsze, młodzi Japończycy mają dziś znacznie więcej kontaktu ze światem – podróżują, oglądają zagraniczne treści, studiują w środowiskach międzynarodowych. Widzą, że zadawanie pytań nie jest brakiem szacunku, tylko wyrazem ciekawości. Po drugie, zmienia się też styl nauczania – coraz częściej zachęca się studentów do samodzielnego myślenia i współpracy w grupie, a nie tylko do zapamiętywania. Jest też aspekt pokoleniowy. Dzisiejsi studenci dorastali w świecie, gdzie opinia jednostki ma znaczenie – w mediach społecznościowych, w grach online, w globalnych społecznościach. Nie boją się mówić, co myślą, jeśli czują, że ich głos zostanie wysłuchany. Nasza rola jako nauczycieli polega więc nie tyle na „wydobywaniu odwagi”, co raczej na tworzeniu przestrzeni, w której ta odwaga ma sens.

To nie znaczy, że nagle Japończycy zaczęli mówić tak głośno jak Amerykanie – to wciąż inny rytm, inne tempo. Ale coraz częściej widać, że ta cisza, która kiedyś była formą respektu, dziś ustępuje miejsca ciekawości. I dla mnie, jako wykładowcy, to najpiękniejszy znak, że coś naprawdę się zmienia.

[T]: Japonia w powszechnym mniemaniu uważana jest za kraj raczej zamknięty na obcokrajowców. Czy Ty też to odczułeś, czy wręcz przeciwnie, od samego początku nie miałeś żadnych problemów z aklimatyzacją i dostosowaniem się do warunków?

[MM]: To prawda, Japonia ma reputację kraju zamkniętego – i nie wzięło się to znikąd. Formalności wizowe, biurokracja, język – to wszystko są realne bariery, które od razu stawiają obcokrajowca w roli kogoś z zewnątrz. Sam od początku musiałem się zmierzyć z tym mitycznym już poczuciem bycia gaijinem, czyli „nie-Japończykiem”. Ale z czasem zrozumiałem, że bycie „innym” nie zawsze musi być wadą. Czasem działa jak ciekawostka, otwiera drzwi do rozmów, przyciąga uwagę. Niektórzy obcokrajowcy wręcz uczynili ze swojej inności styl życia – potrafią żartować z siebie, bawić się kontrastami, a jednocześnie wnieść do społeczeństwa coś świeżego.

Czy miałem problemy z aklimatyzacją? Raczej nie – bardziej serię drobnych wyzwań, które z czasem stały się codziennością. Pierwsze lata były pełne nieporozumień – językowych, kulturowych, towarzyskich. Japończycy są jednak mistrzami cierpliwego ignorowania potknięć: uśmiech, skinienie głową i rozmowa toczy się dalej, jakby nic się nie stało. Z perspektywy czasu widzę, że najważniejsze nie było „dostosowanie się”, tylko nauczenie dystansu do samego siebie. Japonia nie oczekuje, że obcokrajowiec stanie się stuprocentowym Japończykiem – i dobrze, bo to niemożliwe. Wystarczy, że spróbujesz, że pokażesz szacunek dla zasad i zwyczajów. Reszta przychodzi z czasem. Dziś, po tylu latach, wciąż jestem gaijinem – i już mi to nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie: to daje mi perspektywę, której nie mają moi studenci ani znajomi. Mogę patrzeć na Japonię trochę z zewnątrz, trochę od środka – i to właśnie czyni to doświadczenie tak cennym.

Fotka ze studentami z zajęć pisania akademickiego i umiejętności uczenia się. Pracy dużo, efekty świetne.

[T]: Opowiedz, proszę, coś więcej o nauczaniu w Japonii: jak ono wygląda, na co Ty jako wykładowca zwracasz uwagę, jak uczniowie podchodzą do wykładowcy, który nie jest Japończykiem, czy nie ma między Wami jakiś barier językowych i kulturowych?

[MM]: Tutaj muszę się troszkę rozpisać, bo sprawa jest ciekawa. Nauczanie w Japonii ma swoją specyfikę. System jest bardziej hierarchiczny niż w Polsce – wykładowca wciąż postrzegany jest jako autorytet, a nie „kolega do rozmowy”. Kiedy wchodzę do sali, studenci wstają i kłaniają się, co zawsze przypomina mi, że uczestniczę w systemie o głębokich tradycjach. Ale to nie znaczy, że relacja jest sztywna. Młodzi Japończycy stają się coraz bardziej otwarci – mają w sobie ciekawość, tylko trzeba dać im przestrzeń, żeby mogli ją pokazać. Na moich zajęciach staram się ten dystans przełamywać – zachęcam do zadawania pytań, do rozmów, do podważania utartych schematów. Wiele osób na początku ma z tym trudność, bo japońska edukacja długo uczyła raczej zapamiętywania niż kwestionowania. Ale z każdym rokiem widzę coraz więcej studentów, którzy nie boją się wchodzić w dialog. Zadają naprawdę dobre pytania – takie, które zmuszają do refleksji i pokazują, że słuchają nie po to, żeby zaliczyć, tylko żeby zrozumieć. I to daje ogromną satysfakcję.

Uniwersytety w Japonii stają się też coraz bardziej międzynarodowe. Na moim obecnym – który w skali kraju jest ewenementem – połowę studentów stanowią obcokrajowcy. To sprawia, że na jednej sali siedzą obok siebie osoby z Japonii, Chin, Korei, Europy czy Afryki – i już sam skład grupy staje się materiałem do rozmowy. Różnice są wyraźne: japońscy studenci często czekają, aż ich odpowiedź będzie „bezpieczna”, a zagraniczni szybciej wchodzą w dyskusję. Rolą nauczyciela jest więc balansowanie – ośmielanie jednych i wyhamowywanie drugich, by każdy miał przestrzeń, by się wypowiedzieć.

Fakt, że nie jestem Japończykiem, zwykle działa na moją korzyść – budzi ciekawość. Studenci pytają, jak coś wygląda w Polsce czy w Europie, i często z tych pytań rodzą się rozmowy daleko wykraczające poza program. Pomaga mi też to, że mogę poruszać się między językami – angielskim i japońskim – dzięki czemu łatwiej docieram do różnych grup. Bo w komunikacji międzykulturowej nie chodzi o perfekcję językową, tylko o to, żeby naprawdę się dogadać.

Staram się, jak mogę, burzyć kulturowe ściany i budować atmosferę zaufania. Wierzę, że edukacja to nie tylko przekazywanie wiedzy, ale też tworzenie poczucia przynależności – że każdy jest tu mile widziany, słuchany i doceniany. Dlatego pokazuję studentom, że błędy są częścią nauki. Że czasem wykładowca też się pomyli, zapomni słowa czy źle coś przetłumaczy – i to w porządku. To właśnie w tej niedoskonałości pojawia się przestrzeń na autentyczny dialog.

[T]: Gdy zaczynaliśmy ten wywiad, wspominałeś, że jesteś w trakcie sesji i oceniania studentów. Możesz opisać, jak taka sesja, ale też cały system oceniania wygląda w japońskim szkolnictwie? Co jest oceniane, jak wyglądają egzaminy itp. Czy nadal jest tak, że uczniowie/studenci bardzo dbają o wyniki, bo to wiąże się później ze zdobyciem pracy?

[MM]: Sesja w Japonii to zawsze intensywny czas – zarówno dla studentów, jak i dla wykładowców. System oceniania jest dość zróżnicowany, ale na większości uczelni, zwłaszcza prywatnych, coraz częściej odchodzi się od jednego dużego egzaminu końcowego na rzecz oceniania ciągłego. Liczy się więc nie tylko wiedza, ale też obecność, aktywność na zajęciach, projekty grupowe i refleksje pisemne. To pozwala lepiej ocenić, kto rzeczywiście się angażuje, a kto tylko „przeszedł przez materiał”.

Na moich zajęciach, oprócz udziału w dyskusjach, studenci piszą krótkie refleksje po zajęciach, analizują przykłady, czasem też tworzą własne miniprojekty – np. opracowują pomysł na grę czy kampanię komunikacyjną. Staram się, by ocena nie była dla nich wyrokiem, tylko częścią procesu uczenia się. W Japonii wciąż funkcjonuje silne przekonanie, że nauczyciel powinien być wymagający, ale sprawiedliwy – dlatego dokładne, przejrzyste kryteria oceniania są tu bardzo ważne. Egzaminy oczywiście nadal istnieją, szczególnie na bardziej tradycyjnych uczelniach. Często mają formę testów pisemnych lub esejów, rzadziej ustnych. Zdarza się też, że niektórzy profesorowie oceniają przede wszystkim końcowy egzamin – zwłaszcza w dużych grupach, gdzie trudno śledzić indywidualny postęp. Ale coraz więcej szkół idzie w kierunku nowoczesnych metod, opartych na projektach i współpracy.

Jeśli chodzi o podejście studentów, to tak – Japończycy wciąż bardzo dbają o wyniki. Dobre oceny są ważne, bo mogą mieć wpływ na przyszłe zatrudnienie, zwłaszcza w przypadku dużych firm. Choć proces rekrutacyjny opiera się głównie na rozmowach i reputacji uczelni, to wysoki GPA (czyli średnia ocen) wciąż bywa przepustką do lepszych możliwości. Widać też ogromną kulturę odpowiedzialności – nawet ci, którzy nie są szczególnie zainteresowani przedmiotem, starają się wypełnić wymagania, bo nie chcą „zawalić” grupy. Japońscy studenci mają w sobie ogromną dyscyplinę, ale też coraz większą świadomość, że ocena to nie wszystko. Widzę, jak z roku na rok rośnie liczba osób, które uczą się dla siebie – z ciekawości, a nie tylko z obowiązku. I chyba to jest największa zmiana, jaką można zauważyć w ostatnich latach.

[T]: Z tego, co wiem, opracowałeś swoją metodę nauczania, czy może inaczej program autorski na wykłady. Przybliż nam, proszę, jak wyglądała praca nad nim, jak wygląda teraz jego wykładanie, jaki jest odbiór i w końcu czy planujesz ruszyć z tym programem w Polsce?

[MM]: Tak, bazując na swoich doświadczeniach dydaktycznych, przygotowałem dwa autorskie kursy, które prowadzę od kilku lat. Pierwszy dotyczy gier wideo – ich historii, znaczenia kulturowego i miejsca w społeczeństwie. To spojrzenie na gry nie tylko jako formę rozrywki, ale też jako medium narracyjne, gospodarcze i społeczne. Studenci analizują japoński rynek gier, zastanawiają się, dlaczego Final Fantasy czy Monster Hunter są tu niemal dobrami narodowymi, i uczą się, jak gry odzwierciedlają zmiany kulturowe i technologiczne.

Drugi kurs to komunikacja międzykulturowa – bardzo praktyczny, bo w grupach mam studentów z kilkunastu krajów, więc różnice kulturowe widać tu na żywo, już w trakcie zajęć. Skupiam się na tym, jak sobie z nimi radzić w codziennej współpracy, ale też jak budować mosty tam, gdzie stereotypy czy język mogą stać się przeszkodą. Były nawet rozmowy, by przenieść ten kurs – w wersji nastawionej na relacje biznesowe z Japonią – do Polski. Pomysł był ciekawy, bo coraz więcej firm szuka kontaktów z japońskimi partnerami. Niestety, w tamtym czasie byłem w trakcie zmiany uczelni i projekt utknął, ale kto wie – może jeszcze do niego wrócę.

Po przeprowadzce na nowy uniwersytet zmieniła się też skala mojej pracy. Z małych, trzydziestoosobowych grup trafiłem do ogromnych audytoriów – teraz uczę nawet 200 osób naraz. To zupełnie inne doświadczenie: wymaga innej energii, innego podejścia i bardziej przemyślanej struktury zajęć. Ale paradoksalnie daje też ogromną satysfakcję – gdy widzisz, że w tej masie ludzi coś zaczyna klikać, że pojawia się refleksja, uśmiech, reakcja.

Moja filozofia nauczania opiera się na prostym założeniu: wiedza to nie coś, co wykładowca „wkłada” studentom do głów, ale coś, co buduje się wspólnie. Dlatego stawiam na interakcję, pytania, a nawet spory – bo to one najczęściej prowadzą do prawdziwego zrozumienia. Staram się tworzyć atmosferę, w której nikt nie boi się popełniać błędów, bo to właśnie z nich płynie największa lekcja. Zawsze powtarzam, że uczymy się nie tylko przedmiotu, ale też sposobu patrzenia na świat – a sala wykładowa, nawet ta z dwustu osobami, może być małym laboratorium różnorodności i komunikacji.

[T]: Czy w codziennej pracy – z Twoim otwartym spojrzeniem – nie zderzasz się ze ścianą biurokracji? Wiesz, te wciąż działające tu i ówdzie faksy, tysiące podań czy w końcu często pewien strach przed rozmowa z obcokrajowcem. Czy masz styczność z takimi sytuacjami w życiu zawodowym albo prywatnym?

[MM]: W Japonii łatwo stać się niewidzialnym – i równie łatwo kogoś takiego nie zauważyć. W biurach, sklepach, urzędach ludzie funkcjonują według ściśle ustalonych zasad. Uśmiech jest częścią procedury, ton głosu – wyuczony, słowa – powtarzane od lat w tej samej kolejności. Wszystko działa perfekcyjnie, ale bez emocji. Z zewnątrz wygląda to jak dobrze naoliwiona maszyna, w środku jednak często ginie człowiek. Ci, którzy pracują w takich miejscach, zachowują się tak, jak nakazują zasady. Nie dlatego, że chcą, tylko dlatego, że tak trzeba. A klienci, petenci, studenci – wszyscy reagują tak, jak się od nich oczekuje. Rozmawiają z urzędnikiem jak z urzędnikiem, z kasjerką jak z kasjerką, z panią sprzątającą jakby jej wcale nie było. I w tym wszystkim gubi się coś najważniejszego – to, że po drugiej stronie zawsze jest człowiek.

Ja postanowiłem zrobić to po swojemu. Nie walczyć z systemem, tylko z tą niewidzialnością. Rozbijałem ścianę krok po kroku i to działało. Panie z konbini z czasem zaczęły się uśmiechać, zagadywać, odkładać dla mnie ulubioną kanapkę. W biurze też jak się spotkamy na korytarzu, to teraz żartują, pytają, jak mi mija dzień. Najbardziej wzruszające były jednak panie sprzątające. Zazwyczaj to starsze kobiety – zapracowane, ciche, przemykające po korytarzach jak cienie. Pracują niezwykle ciężko. Dla większości są niewidzialne, jakby stanowiły część tła. Zacząłem je zauważać, witać się, zamieniać kilka słów. Z czasem zaczęły się do mnie uśmiechać, a gdy odchodziłem z poprzedniego uniwersytetu, kupiłem bukiety dla moich pań z biura i po jednej róży dla każdej z tych, które od lat codziennie witały mnie uśmiechem.

W tamtym momencie zrozumiałem, że Japonia wcale nie jest tak zapisana w skale, jak się wydaje. Zmiana jest możliwa – tylko trzeba zacząć od rzeczy najprostszych: od rozmowy, od uśmiechu, od traktowania ludzi jak ludzi. I wtedy dzieje się magia – wszystko da się załatwić. Kiedy biuro jest po Twojej stronie, nawet najtwardsza zasada potrafi się na chwilę ugiąć: ktoś przymknie oko, coś podpisze poza kolejnością, pomoże „po cichu”. Nie wolno lekceważyć siły biurokratów – ani zapominać, że szacunek wobec tych, którzy są „niżej w hierarchii”, często otwiera drzwi, których formalności nigdy by nie ruszyły.

Moment, w którym wszystko się zaczęło. Z Mr. Ścierą, gdy dołączyłem do redakcji PSX Extreme. Dużo emocji, dużo marzeń.

[T]: W jednym z numerów magazynu PSX Extreme pojawiły się recenzje gier pisane przez Twoich japońskich studentów. Skąd pomysł na takie rozwiązanie?

[MM]: To był trochę eksperyment, a trochę naturalne przedłużenie zajęć. Studentom często brakuje motywacji do pracy nad projektami na zaliczenie,  a skoro jednym z głównych tematów jest ich analiza, to dlaczego nie spróbować wciągnąć studentów w praktykę pisania o nich? Zgłosiłem pomysł do redakcji PSX Extreme i udało się – w jednym z numerów pojawiły się krótkie recenzje przygotowane przez moich podopiecznych. Dla nich to była duża frajda i wyzwanie. Po pierwsze dlatego, że musieli pisać kreatywnie – a to już samo w sobie jest dodatkową barierą w bardzo nastawionym na akademicki styl uniwersytecie. Po drugie, nagle zobaczyli, że to, co robią jako ćwiczenie na zajęciach, trafia do prawdziwego czasopisma,  do tego czytanego przez graczy w odległej Polsce. Odbiór był bardzo pozytywny – i wśród studentów, i wśród czytelników. Ci pierwsi mieli satysfakcję, że ich głos został usłyszany, ci drudzy dostali okazję, by zobaczyć, jak gry postrzegają młodzi ludzie z odległych krajów.

[T]: Czy zauważyłeś jakieś różnice w pisaniu tego typu tekstów przez polskich i japońskich dziennikarzy?

[MM]: Jeśli chodzi o różnice: polscy recenzenci mają większą swobodę w ocenach, pozwalają sobie na ironię, żart, osobiste dygresje. Japońscy studenci pisali dużo ostrożniej, z większym dystansem i naciskiem na obiektywne fakty. Czuć było, że nie chcą „urazić” twórców i starają się znaleźć balans między pochwałą a krytyką. Dla mnie to było świetne ćwiczenie pokazujące, jak bardzo styl pisania o grach wynika z kultury – w Polsce krytyka bywa sportem narodowym, w Japonii wciąż obowiązuje bardziej zachowawcza forma. Pamiętam, jak przyszedłem na zajęcia z egzemplarzami autorskimi  magazynu w ręku – wręczając je każdemu z autorów, którzy uśmiechnięci, dumni, a jednocześnie trochę zawstydzeni przyjęli nagrodę. Jeden ze studentów powiedział mi później „Teraz moja mama myśli, że jestem prawdziwym dziennikarzem”. Wyszło ludzko, przyjaźnie i naprawdę cieszę się, że udało nam się ten pomysł zrealizować!

[T]: Wiedźmin czy Silent Hill? Jaka gra polskich twórców (oczywiście w cudzysłów jeśli chodzi o Silent Hill) jest najpopularniejsza w Japonii? Jak polskie gry są odbierane w tym kraju? Czy Japończycy sięgają po nie, czy jednak są wierni swoim markom?

[MM]: To ciekawe, bo polskie gry w Japonii budzą coraz większe zainteresowanie, ale wciąż są raczej dla graczy „wtajemniczonych”. Wiedźmin 3 zrobił tu duże wrażenie, szczególnie po premierze na Switchu – nagle Geralt stanął na półce obok Mario i Zeldy. Japońscy gracze doceniają jego świat i historię, choć sama słowiańska atmosfera bywa dla nich egzotyczna. Z kolei Silent Hill 2 Remake od Bloober Teamu wzbudził dużo emocji – część fanów była nieufna, ale też ciekawa, jak Polacy poradzą sobie z japońską legendą horroru. Samo w sobie zaskakujące było, jak wielu moich studentów wiedziało, że za ten tytuł odpowiadali Polacy. Ogólnie Japończycy są lojalni wobec własnych marek, ale jeśli coś jest dobrze zrobione, to potrafią to docenić. Polskie gry mają dziś opinię solidnych i ambitnych – może jeszcze nie są masowym hitem, ale powoli zdobywają szacunek.

Spotkanie z twórcami serii Valkyrie Profile. Wywiad, który pamiętam do dziś — pełen pasji, anegdot i tego charakterystycznego japońskiego entuzjazmu do craftu.

[T]: Jaki gatunek w Japonii jest obecnie najciekawszy dla graczy? Czy fenomen AnimalCrossing, który się objawił w czasie pandemii, zaskakuje Cię, czy jest dla Ciebie całkiem normalnym zjawiskiem? Dodam, że to nie jest gatunek jRPG.

[MM]: W ostatnich latach w Japonii ogromną popularność zdobyły tzw. cozy games – spokojne, codzienne gry, w których nie chodzi o rywalizację, lecz o relaks i przyjemność z prostych czynności. W czasie pandemii tytuły takie jak AnimalCrossing: New Horizons stały się wręcz terapią zbiorową – ucieczką w świat, gdzie można było pielić grządki i dekorować dom, zamiast martwić się o rzeczywistość za oknem. Ten fenomen mnie nie zaskoczył – raczej pokazał, że gry od dawna potrafią być emocjonalnym schronieniem. Japończycy, z ich wrażliwością na rytuał, harmonię i szczegół, odnaleźli się w tym gatunku idealnie.

[T]: Porozmawiajmy chwilę o samej Japonii. Niedawno się przeprowadziłeś – powiedz, proszę, gdzie mieszkałeś i gdzie mieszkasz teraz, skąd pomysł na przeprowadzkę i najważniejsze: czym różnią się od siebie obydwa miejsca? Gdzie czujesz się lepiej?

[MM]: Przez wiele lat mieszkałem w Sapporo, na północy Japonii, na wyspie Hokkaido. To miejsce, które ma w sobie coś z Europy Północnej – czyste powietrze, śnieg przez pół roku, spokojne tempo życia i ludzi, którzy nie pchają się do rozmowy, ale jak już się otworzą, to na dobre. Tam spędziłem sporą część mojego życia w Japonii, tam zrobiłem doktorat, tam nauczyłem się, że przetrwanie zimy to nie tylko kwestia ogrzewania, ale i nastawienia. Ale w pewnym momencie poczułem, że potrzebuję zmiany – nowego początku, innego klimatu, dosłownie i w przenośni.

Dlatego przeprowadziłem się do Beppu, na Kiusiu – czyli z północy na samo południe. Z miejsca, gdzie zimą jest minus dziesięć, do miasta, gdzie w styczniu kwitną palmy. Różnica jest kolosalna. Beppu słynie z onsenów, czyli gorących źródeł – para buchająca z ulic, zapach siarki w powietrzu, góry i morze w jednym kadrze. To miejsce bardziej zmysłowe, cieplejsze nie tylko klimatem, ale też ludźmi. Tutaj każdy kogoś zna, wszystko jest bardziej „na wyciągnięcie ręki”, a tempo życia przypomina raczej południowe Włochy niż japońską metropolię. Gdzie czuję się lepiej? Trudno powiedzieć. Hokkaido miało w sobie spokój i porządek, który dawał mi poczucie bezpieczeństwa. Beppu ma życie, kolor, i to poczucie, że coś się dzieje. Może więc najlepsza odpowiedź brzmi: w Sapporo było mi dobrze, ale w Beppu czuję, że żyję.

[T]: Mieszkałeś wiele lat na Hokkaido – czy o prawda, że region ten jest zupełnie inny od reszty kraju, choćby ze względu na ajnuskie wpływy? Jakie miejsce spoza przewodnika byś polecił?

[MM]: Tak, Hokkaido naprawdę jest inne od reszty Japonii – i to czuć niemal od razu. Kiedy wysiada się z samolotu w Sapporo, ma się wrażenie, że człowiek trafił do innego kraju: więcej przestrzeni, mniej ludzi, więcej natury i takiego północnego, surowego spokoju. To miejsce, które nosi w sobie pamięć Ajnów – rdzennych mieszkańców wyspy – i choć dziś ich kultura jest już w dużej mierze wchłonięta przez japońską, to wciąż da się ją wyczuć w ornamentach, wzorach, w nazewnictwie i w szacunku, z jakim podchodzi się tu do natury. W powietrzu wisi jakaś inna energia – jakby człowiek był bliżej ziemi niż w reszcie kraju.

Jeśli miałbym polecić miejsce spoza przewodników, to wybrałbym Shiretoko – półwysep na wschodzie wyspy, jedno z najbardziej dziewiczych miejsc w całej Japonii. Dzikość natury w czystej postaci: wodospady spadające prosto do morza, jelenie na ulicach, mgła snująca się między lasami – i, co najważniejsze, niedźwiedzie. Prawdziwe, ogromne, brunatne. W Sapporo co roku pojawiają się doniesienia, że któryś zszedł z gór i przespacerował się po obrzeżach miasta, a w Shiretoko to ich królestwo – człowiek jest tam tylko gościem. Kiedyś, podczas pieszej wycieczki, zobaczyłem z daleka coś, co najpierw wziąłem za duży głaz. Potem ten „głaz” się poruszył. Od tamtej pory wiem, że dzwoneczek na plecaku to nie gadżet, tylko coś w rodzaju polisy na życie. A jeśli szukasz czegoś spokojniejszego, to koniecznie wybierz się zimą do Otaru. To małe portowe miasteczko niedaleko Sapporo, z kanałem, nad którym w lutym zapalają setki lampionów. Ciepło świec odbijające się w śniegu i cisza przerywana dźwiękiem dzwonków z pobliskich sklepików – wygląda to jak żywa pocztówka. Hokkaido to w ogóle takie miejsce: trochę dzikie, trochę bajkowe – ale pamiętaj, że w tej bajce zawsze może pojawić się niedźwiedź, a ty możesz skończyć jako obiad.

[T]: Choć Japonia jest krajem dość zamkniętym, to jednak jesteś przykładem, że Polacy mogą tam żyć. Powiedz, czy w jakiś sposób integrujecie się z Polonią w Japonii, czy raczej każdy żyje oddzielnie?

[MM]: Polonia w Japonii to dość rozproszona i cicha społeczność – każdy żyje swoim życiem, często w zupełnie innym zakątku kraju. Nie ma tu dużych skupisk rodaków ani regularnych spotkań, bo Japonia jest długa, różnorodna i potrafi człowieka wciągnąć w swoje lokalne rytmy. Każdy trafia tu z innego powodu – ktoś przyjechał uczyć, ktoś pracuje w firmie technologicznej, ktoś inny poślubił Japonkę lub Japończyka i w efekcie większość z nas działa trochę na własną rękę. W moim przypadku w Sapporo znałem kilku rodaków, a tamtejsza Polonia była wyjątkowo miła i zżyta – szczególnie przed laty trzymaliśmy się blisko. Spotkania, wspólne obiady, święta, rozmowy do późna – była w tym jakaś domowa atmosfera, taki mały kawałek Polski na dalekiej północy. Z czasem jednak wiele się zmieniło. Przyszedł covid, który wszystkich rozdzielił, pojawiła się różnica pokoleń i naturalne przesunięcia życiowe – jedni wyjechali, inni zajęli się rodziną albo pracą. Klimat trochę się rozluźnił, ale wspomnienia tamtej wspólnoty zostały bardzo ciepłe.

W Tokio Polaków jest zdecydowanie najwięcej, ale tam z kolei – jak to w wielkim mieście – bywa różnie. Więcej ludzi to też więcej opinii i nie zawsze dobrych relacji. Na tle tego wszystkiego Polonia na Hokkaido od lat cieszy się świetną reputacją – spokojna, życzliwa, otwarta. Faktycznie jest w tym coś prawdziwego, bo przez wszystkie te lata naprawdę miło było być jej częścią. Po przeprowadzce do Beppu przez ten rok nie spotkałem żadnego lokalnego Polaka. Już zacząłem żartować, że jestem tu jedynym przedstawicielem i wtedy wydarzył się mały cud – w tym semestrze na uniwersytecie pojawił się nowy student z Polski. Niby nic wielkiego, ale zrobiło mi się naprawdę ciepło na sercu. Po raz pierwszy od dawna usłyszałem na kampusie język polski. Może to początek małej „polskiej kolonii” w Beppu!

[T]: I już kończąc rozmowę: plusy i minusy Japonii i życia w Japonii według Michała to…?

[MM]: Plusy i minusy Japonii to temat, który trudno zamknąć w prostych słowach. Z jednej strony to kraj, który zachwyca bezpieczeństwem, spokojem i kulturą codzienności – tu nawet sposób, w jaki ktoś poda ci kawę, potrafi być małym rytuałem. Ludzie traktują swoją pracę z powagą, a przestrzeń publiczna ma w sobie porządek i harmonię, która działa jak lek na chaos współczesnego świata. Ale największe złudzenie polega na tym, że Japonia nie jest taka, jak wielu ludziom się wydaje. Turyści widzą jedynie jej powierzchnię – czyste ulice, grzeczne ukłony, świątynie, sushi, anime. To Japonia do podziwiania, nie do życia. Kiedy tu mieszkasz, poznajesz drugą warstwę – świat biurokracji, ukrytych kodów, niedopowiedzeń, długich milczeń i subtelnych zasad, które trzeba nie tyle zrozumieć, co wyczuć.

I wtedy zaczyna się coś, co trudno opisać słowami. Gdy zaczynasz mówić po japońsku, rozumieć gesty, konteksty i rytm rozmów – to trochę jak podłączyć się do kolektywu Borg ze Star Treka. Nagle wszystko zaczyna działać na innej częstotliwości. Widzisz więcej, czujesz więcej, reagujesz inaczej. I w pewnym momencie orientujesz się, że już nie jesteś tym samym człowiekiem. Nigdy nie będę w pełni Japończykiem – to niemożliwe i nawet nie o to chodzi. Ale po szesnastu latach w Japonii trudno też powiedzieć, że jestem „tylko” Polakiem. To coś pomiędzy. Jakby człowiek stał jedną nogą w jednym świecie, a drugą w drugim, i nauczył się balansować między nimi. To zresztą ciekawy temat filozoficzny – kim stajemy się, kiedy przestajemy być „gościem”, a jeszcze nie jesteśmy „stąd”.

[T]: Bardzo dziękuję za rozmowę, muszę przyznać, że słuchanie Ciebie było fascynującą przygodą.

Jarosław Drożdżewski